Reklama: Partnerzy:


Dla najbliższych, Gerard

Chorzowianin 2009-02-25
„Niech Pan Cię poprowadzi naszą pieśnią w kwiaty niebieskich łąk” – rozlega się spokojna melodia na cmentarzu parafialnym św. Jadwigi w Chorzowie. Ulubiona pieśń ks. Markwicy. Śpiewana głównie przez oazowiczów.
Dla najbliższych, Gerard
Były proboszcz parafii św. Jadwigi spisał krótki testament: „W dniu, w którym zostałem oblatem benedyktyńskim Opactwa św. Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu, oświadczam, że nic nie posiadam, a to co niby posiadam jest własnością Kościoła Katowickiego. Niech Bóg będzie uwielbiony!”. Podpisany 18 września 1995 r. w Tyńcu. To nie były puste słowa. Porażał skromnością. „Przez lata jeździł rozlatującym się fiatem 125p, a ostatnio staroświeckim passatem (czasami trochę za szybko…)” – wspominał ks. Adam Wodarczyk, postulator w procesie beatyfikacyjnym ks. Blachnickiego, były wikariusz parafii św. Jadwigi. Ks. Henryk miał nawet powiedzieć do ks. Adama: – Wiesz, nawet gdybym chciał kupić nowe auto, to nie mam za co. Inny wikary parafii św. Jadwigi, ks. Ryszard Nowak wspominał, że ks. Henryk nie miał właściwie swoich pieniędzy. Wszystko, co miał, należało do parafii. „Czasem mieliśmy mu za złe, że zbyt łatwo daje pieniądze tym, którzy przychodzą, że daje się naciągać różnego rodzaju oszustom” – wspominał ks. Ryszard.

W doma się godało

Rajmund Markwica, starszy brat ks. Henryka od 37 lat mieszka z żoną Stefanią w Szombierkach, niedaleko rodzinnych Łagiewnik. Niewielu parafian, oazowiczów, bliskich znajomych księdza, wie, że Henryk został ochrzczony jako Gerhard. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski wszystkie niemieckojęzycznie brzmiące imiona zamieniano na Polskie. Młody Markwica już po wojnie figurował w dokumentach jako Henryk. – Dla nas nie miało to znaczenia. Przez całe życie mówiliśmy do niego Gerard – tłumaczy pan Rajmund. Podkreśla, że jego brat był Ślązakiem z krwi i kości. Pochodził z robotniczej rodziny. – Na parafii, czy na rekolekcjach, być może mówił czysto po polsku. W domu zawsze szło z nim zwyczajnie pogodać – dodaje pan Rajmund.

Ksiądz Henryk Markwica przyjął chrzest 8 lutego 1942 r. w kościele parafialnym. Urodził się 27 stycznia 1942 r. jako syn Antoniego i Franciszki z d. Respondek. Uczył się w Szkole Podstawowej im. Tadeusza Kościuszki w Łagiewnikach, a potem w bytomskim Liceum Ogólnokształcącym im. Bolesława Chrobrego.
O kapłaństwie wiele nie mówił. Dopiero jako siedemnastolatek został ministrantem. – Bardzo duży wpływ na decyzję o kapłaństwie miał ks. Jechowski. Jeździł z nim i ministrantami na wycieczki w Tatry, spływy kajakowe. Jeździł tam mimo lęku przed wodą. Nie wiem nawet czy umiał pływać – śmieje się pan Rajmund.

Chciał studiować w Rzymie

Brat przechowuje starannie wykonany album o życiu księdza. Nie wie, kto go wykonał, być może sam ksiądz. Jedna karta poświęcona jest powołaniu: „Nie bardzo wiedział, co to jest owo wielkie powołanie kapłańskie. Raczej dużo odczuwał od wewnątrz… i dlatego, gdy Rektor Seminarium zadał mu pytanie: dlaczego chce być księdzem, co go najwięcej pociąga, nie wiedział, co odpowiedzieć. Tak jak z pewnością nie umiałby odpowiedzieć „mądrze i całościowo” na pytanie: dlaczego warto żyć. […] Uważał, że tak jest, tak być powinno i… koniec.”

Święcenia kapłańskie przyjął 5 czerwca 1966 r. w katedrze Chrystusa Króla w Katowicach. Chciał studiować w Rzymie. – To było jego niespełnione marzenie – twierdzi jego brat. Miał przyznane stypendium naukowe przez prymasa Wyszyńskiego. Otrzymał dekret, na podstawie którego mógł wyjechać do Rzymu. W końcu otrzymał też paszport. Niedługo przed wyjazdem dom Markwiców odwiedził przedstawiciel władz paszportowych. Mama akurat myła klatkę schodową. Jak się okazało, mężczyzna przyszedł zabrać paszport. Kiedy władze dowiedziały się, po co ks. Henryk jedzie do Rzymu, postanowiły czym prędzej nie dopuścić do wyjazdu. Plany naukowe zrealizował podczas zaocznych studiów na krakowskim Papieskim Wydziale Teologicznym, a później na Akademii Teologii
Katolickiej w Warszawie.

Pączki na oazie

Ks. Henryk był wikarym w Wełnowcu, Rybniku, Wiśle, Chorzowie Batorym, Zabrzegu, Tychach i Tarnowskich Górach. Od 1980 r. był notariuszem w katowickim sądzie biskupim. W 1986 r. ks. Markwica został diecezjalnym moderatorem Ruchu Światło-Życie w diecezji katowickiej (od 1992 r. archidiecezjalnym). Był członkiem Rady Duszpasterskiej i Rady Kapłańskiej Archidiecezji Katowickiej, Archidiecezjalnej Komisji II Synodu Plenarnego, Rady Wydziału Duszpasterskiego, Diecezjalnej Komisji ds. Muzyki Sakralnej. W 1987 r. został proboszczem chorzowskiej parafii św. Jadwigi. – Nie pochwalił się nam od razu. Był przesadnie skromny – opowiada brat.

Parafii poświęcał całe życie. Miał czas na organizowanie rekolekcji, niezapomnianych III stopni oazowych w Krakowie. Został też dziekanem dekanatu Chorzowskiego. Jak wspominają parafianie, był świetnym katechetą. Był nieprzeciętnie inteligentny. Miał wielkie poczucie humoru i ogromne serce. Troszczył się o ośrodki oazowe w Wiśle – Jaworniku i w Nowej Osadzie.

Stefania Markwica kilkanaście razy była ze szwagrem Gerardem na rekolekcjach. Pełniła obowiązki kucharki wspólnie z teściową, Franciszką. – To były czasy. Młodych tyle przyjeżdżało na oazy, że nie nadążałam z robotą. Dwieście pączków trzeba było upiec. W czasie wycieczki w góry, nie miałam odpoczynku. Obowiązkowo musiałam iść na szlak z całą grupą – wspomina.

Miłośnik gregorianki

18 lutego 1999 r. ks. Henryk Markwica jechał na leczenie do Krynicy. Uległ wypadkowi samochodowemu. Zmarł w szpitalu w Nowym Sączu.
Śmierć ks. Henryka była wielkim szokiem dla rodziny, parafii, Ruchu Światło – Życie i całej archidiecezji. Dla wielu była przedwczesna i niespodziewana. Dziś jednak parafianie nie mogą się oprzeć wrażeniu, że odszedł wtedy, kiedy zrobił wszystko, co do niego należało.

Ks. Emanuel Pietryga, który zastąpił na stanowisku proboszcza ks. Markwicę podkreśla, że ks. Henryk miał na jego życie bardzo duży wpływ. Spotkali się w 1979 r. na wikariacie w Tarnowskich Górach. Już po roku znajomości ks. Henryk zaproponował ks. Emanuelowi poprowadzenie rekolekcji. Ks. Pietrydze trudno się było zdecydować. Sytuacja powtarzała się, kiedy później ks. Henryk składał Pietrydze propozycje prowadzenia kolejnych oaz. Po zastanowieniu zawsze się zgodził. Raz ks. Pietryga się nie zawahał, kiedy dostał propozycję objęcia posługi moderatora diecezjalnego Ruchu Światło – Życie. „Pozostaje tylko kwestią mojej wiary (ale opartej na bogatej przeszłości), że posługa administratora w parafii św. Jadwigi jest też Jego popchnięciem mnie do sprawy, która wydawała się niemożliwa do zaakceptowania przeze mnie. Ufam mocno, że tam z góry dalej będzie wspomagał mnie w ciągłym otwieraniu się na wolę Bożą” – pisał po śmierci administrator, a obecnie proboszcz parafii św. Jadwigi.

Ks. Markwica pochodził z muzykalnej rodziny. Na uroczystościach rodzinnych Gerard zawsze przygrywał na akordeonie, a Rajmund na puzonie. – Trójka naszych dzieci poszło w jego ślady. Grają na skrzypcach, klarnecie i wiolonczeli – mówi pani Stefania. Uwielbiał śpiew gregoriański. Jak stwierdził ks. Nowak odszedł „śpiewać swoją umiłowaną gregoriankę do niebieskiego Tyńca”. Bo muzyka była jego życiem. Nic dziwnego w śpiewach nad jego grobem…

Paweł Mikołajczyk

Tekst ukazał się w Parafianinie, dodatku tematycznym do tygodnika Chorzowianin 4 października 2006 r.
W tekście wykorzystano materiały zamieszczone w piśmie Ruchu Światło - Życie „Oaza” (nr 37/1999)


Reklama:

Polityka plików "cookie"

Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji można znaleźć w polityce prywatności.